Ja LIFESTYLE

Studia nie czynią Cię nauczycielem

22 listopada 2017

Wszystko się wali i pali, nie mam na nic czasu – takie stwierdzenie jest dobijające, trener personalny strzeliłby mi w łeb albo w twarz a ja musiałabym wykrzesać z siebie mega pokłady entuzjazmu by powiedzieć, że moje życie jest piękne, rzygam tęczą i latam z motylami wśród jednorożców.

Tak na marginesie – wiecie, że nienawidzę kołczów?
Nie trawię mówców motywacyjnych, którzy z każdej strony mówią: Jes! Ju ken! Musisz tylko chcieć i będziesz mieć wszystko!

Tak się umartwiałam, mordowałam i doszłam do momentu gdzie cieszę się z tego co mam. Z pracy – w której każdy dzień jest piękny jeśli akurat nie wrócę ze smarkami na białej bluzce, jeśli nikt nie będzie płakał, jeśli uda mi się doprowadzić zajęcia do końca i nie zapomnieć jak dzieci mają na imię.

Z dopuszczenia do obrony, choć pani promotor z całą swoją wspaniałością i szyderczym uśmiechem poinformowała mnie tydzień temu, że nici z moich planów na zakończenie studiów a po dwóch dniach zadzwoniła z informacją, że za 16 godzin mam oddać jej gotową pracę i będę się bronić w tym roku.

Szaleństwo? tak! Tym bardziej, że w piątek rano moja praca nie miała nic poza teorią, ja nie miałam ani siły ani chęci prosić jej o wyrozumiałość, litość i światełko nadziei.
Po 28 godzinach bez snu praca była gotowa a promotorka po kolejnych 12 poinformowała, że jest do dupy. I tak zakończyłabym swoją przygodę gdyby nie fakt, że po informacji o beznadziejności mojego losu usłyszałam – w sumie, no… nie jest źle.
Miałam ochotę rzucić to wszystko, wyłam w duchu z bezsilności aż… okazało się, że mam kolejnego dnia zawieźć wszystko do dziekanatu i czekać na wyniki antyplagiatu.

Obroniłam się. Skończyłam swoją 8 letnią przygode ze studiami. Niestety nikomu nigdy nie polecę mojej ostatniej uczelni, która istnieje w mieście z brzydką przeszłością. To jak funkcjonuje to miejsce i to co zaserwowała mi promotorka na koniec moich męk pańskich, to coś nie do opisania. Coś na co potrzebne były nadludzkie siły i niebywała dla mnie pokorę. Gdyby nie fakt, że żyjemy w miarę ucywilizowanym społeczeństwie wyciągnęłabym pewnie maczugę i zrobiła porządek.

Zaoczny jest gorszy

Poniewieranie studentem ot tak, dla zasady powinno być karane. Studiowałam wyłącznie zaocznie. W Krakowie na Uniwersytecie Pedagogicznym każdy, ale to zupełnie każdy student narzekał na Typową Krystynę z dziekanatu, której poza świeżo zrobioną neską nic nie pasowało, ale ta sama Kryśka miała regulamin, miała wytyczne, wszystko było uporządkowane i wszystko można było załatwić a władze miały świadomość, że studenci zaoczni MAJĄ PRACĘ!
W O. ilość praktyk sugerowała, że albo studiuję, albo pracuję. Większość ludzi powinna się zwolnić by móc zrealizować ciągłą praktykę miesięczną. A co powiedzą dzieciakom w wakacje? Sory Zocha, mama nie weźmie Cię nigdzie bo nie mam urlopu.

A dziecko oczywiście przyklaśnie i zrozumie, że nie miałam wyjścia. W zamian usłyszę, że jej nie kocham, że ją podrzucili albo inną herezję, która będzie dla niej świetnym wyjaśnieniem. Studia w piątki od 15 lub 16, egazminy organizowane w tygodniu. Nawet dyplomu nie mogę odebrać bo w weekend Pani nie ma dostępu do księgi i mam przyjechać od poniedziałku do piątku do 15:30 – jak? Rozumiem, że jeśli się nie dostosuje to mam się ugryźć w dupę bo nie ma szans odebrać dyplomu za który zapłaciłam i który obroniłam.

Pismo

Złożyłam na tej pseudo-uczelni sporo wniosków. Na żadne moje pismo nie otrzymałam pisemnej odpowiedzi. Żaden wniosek skierowany do dyrektora, prorektora, wniosek o raty o cokolwiek- na UP na każdą prośbę otrzymywałam odpowiedź na piśmie w ciągu 14 dni od złożenia mojego wniosku. A teraz, wyobraźcie sobie jakie było moje zdziwienie kiedy dokumenty złożyłam 30 września a około 13 października zadzwoniłam zapytać o rozpoczęcie studiów i dowiedziałam się od Pani z sekretariatu, że studia ruszyły już tydzień temu! Kiedy ja składałam dokumenty w sali obok odbywało się spotkanie powitalne. Nikt nie poinformował mnie o czymkolwiek.
Nikt nic nie wie, nikt nie ma o czymkolwiek pojęcia – dramat.

Wykładowca – prześladowca

Trafiłam na Panią nazwijmy ją Zdzisię na pierwszym roku. Na moje nieszczęście przydzielili jej wszystkie ważne przedmioty. Na zajęciach z metodyki edukacji plastycznej Pani Zdzisia rozpoczęła z pięknym uśmiechem rozmowę na temat prowadzenia przedszkola. Opowiadałam o warsztatach z rodzicami, o radości dzieci kiedy rodzic wpada do przedszkola i razem mogą kleić i wycinać. Zdziska zaciekawiona zadawała pytania, odpowiadałam i pokazywałam grupie moją koncepcję wykonania pracy. I nagle, jak za pierdnięciem jednorożca Zdzicha wyparowała:
-Ale Pani Magdo, Niepubliczne Przedszkola nie będą istnieć. Wejdzie nowa partia do rządu, nowe ustawy, przepisy wszystko wam odbiorą.
-jak się tak stanie – wtedy będę się przejmować.
Zdzisia się zagotowała i zakończyła rozmowę z mniejszym uśmiechem niż ją zaczęła.

– Pani Magdo, ale Pani nie może pracować jeśli nie ma Pani pełnego wykształcenia.
-Proszę mi wskazać przepis, bo wg mojej wiedzy to dyrektor uznaje kwalifikacje a ja jestem w trakcie ich zdobywania to jak zatrudnianie studentki.
-To bezprawne. Pani się nie zna na dzieciach, nie zna się pani na ich edukacji.
-To już ocenią rodzice. Studia napewno mnie tego nie nauczą.

Pani Zdzisia towarzyszyła mi na większości przedmiotów przez 3 lata. Zapisałam się na moje szczęście do innej promotorki. Odetchnęłam z ulgą, ale Zdzicha była nieugięta. Moją promotorkę zwolniono a na nowego promotora wyznaczono Zdzichę.
Sympatycznie, prawda?

Studia a rzeczywistość

Tutaj pojawia się pewna rozbieżność. Czy osoba, która ukończyła pedagogikę nadaje się do pracy w przedszkolu?
Studia nie przygotują nikogo do prac z dziećmi. To żywioł, nieprzewidywalne stworzenia i to oni nauczą nas pracy. Nauczą nas tego przepisy, wymagania rodziców. To czego uczą na studiach ma się praktycznie nijak do tego co czeka nas w placówce.
Wierz, lub nie – 90% ludzi studiujących pedagogikę wybrało ten kierunek ze względu na to, że wydaje się im banalny. Później następuje zderzenie z rzeczywistością. Dzieciaki uczą ludzie, którzy nie umieją składać zdań po polsku. Dziewczyny, które nie charakteryzują się kulturą osobistą, dla których dziecko to dodatek do zawodu.
To przykre.

Pamiętam jak wkurzyła mnie jedna z dziewczyn studiujących ze mną.
Sprawa była złożona. Wykładowca z Pedagogiki Specjalnej był specyficzny, czasem przeklnął, czasem rzucił mięsem, ale jesteśmy dorośli i ten kto nie był tępy rozumiał jego porównania.
Owa koleżanka z pełnym rozżaleniem rzuciła:
-na cholere mi jest ta specjalna?
-na przykład po to żebyś umiała wyłapać dziecko z problemem i na czas wysłać je do poradni jeśli sama nie masz kwalifikacji- nie wytrzymałam. No kurwa! (przepraszam!) Jak można w taki sposób podchodzić do sprawy?
To może najlepiej mieć w dupie problemy, wychowywać byle jak, przedszkole będzie przechowalnią a dzieci tylko pionkami.

Po trzech latach żegam to miejsce i ludzi. Na palcach jednej ręki zliczę wartościowe osoby. A reszta?
A reszta jeśli trafi do placówek oświatowych, które zajmują się nauczaniem i wychowaniem dzieci – będę współczuć dzieciom.

You Might Also Like