Ja MYŚLI MAMY

Jak ona działa mi na nerwy!

17 lipca 2016

IMG_0070

„Jak ona działa mi na nerwy”
ile razy wykrzykujesz to w sekundę po kliknięciu czerwonej słuchawki?Niejednokrotnie rzucałam telefonem lub z pełną irytacją odpowiadałam matce, że nie interesuje mnie jaki jest powód zachowania i sposobu bycia niektórych ludzi.

CO MNIE TO OBCHODZI?!

 
No tak. Ten proces był długotrwały i nieźle dał mi po tyłku. W pewnym momencie zaczęłam mieć więcej wyrozumiałości dla innych. Zostawiałam taki niewielki limit, który miał za zadanie pomóc mi zmagazynować trochę zrozumienia, empatii dla drugiej strony.

Za większością uśmiechniętych twarzy stoi historia. Za większością oschłych i często bezczelnych zachowań stoi historia. W obu przypadkach może okazać się, że życie wcale nie dało nam kury znoszącej złote jajka.jak ona działa mi na nerwyPopatrz na mnie – mam męża, dzieci, firmę, prowadzę bloga i z chęcią realizuje swoje pomysły, ale czy mnie znasz? Uśmiecham się raczej do każdego, z każdym staram się nawiązać rozmowę, dać wsparcie lub pomóc w miarę możliwości.
Jedna osoba napisała mi kiedyś, że budzę zazdrość – bo wszystko mi się udaje. Z punktu widzenia otoczenia jest świetnie ! Zarabiam kokosy na przedszkolu(taa…jasne), mam dwójkę zdrowych dzieci i męża, który zapatrzony jest jedynie we mnie. Jeździmy na wakacje i oboje mamy pracę, którą sami sobie dajemy. Mam wykształcenie i pasje. I do tego ten cholerny uśmiech. Uśmiech, który nie chce zejść mi z ust.IMG_0050
Ale… myślisz, że to prawda? Myślisz, że to wszystko spadło mi z nieba?  Myślisz, że dostałam to w gratisie od życia?
Nie. Moja historia sprawiła, że jestem tym kim jestem i znajduję się obecnie w tym miejscu, w którym się znajduje. Moja historia sprawiła, że bywam bezczelna i chamska, ale zarazem empatyczna i radosna.  Nie widzisz mnie płaczącej w poduszkę, nie widzisz ile razy uderzam pięścią w ścianę i ile razy mówię, że to już koniec i mam serdecznie dość wszystkiego i wszystkich.
Pracuje nad sobą i staram się powoli osiągać pewną stabilność życiową i emocjonalną. To nie jest proste by ustawić sobie granicę, której nie można przekroczyć. To nie jest robienie sobie ‘na złość’. To po prostu próba wykluczenia tych rzeczy, które są dla mnie destrukcyjne. Nerwy i stres nic nie dadzą. Od tego nic nie pójdzie lepiej.Dokumentów to nie uzupełni ani nie będzie „świecić oczami’ kiedy coś nie wyjdzie.
Najważniejsze to zauważyć swoje błędy i umieć się do nich przyznać. Przyznać do tego, że moja agresja jest nieuzasadniona lub spowodowana zmęczeniem i narastającą frustracją, która wzięła się z nadmiernych wymagań, które sobie stawiam.


Odpuść. Wrzuć na luz.

Kiedy zaczynałam pisać było mi wstyd. Boże! Wszyscy publikują wpisy co 2 dni a ja? Wypocę coś raz na 2-3 tygodnie. Nie dlatego, że nie mam tematu, ale dlatego że brakuje mi czasu. Brakuje mi czasu na pisanie, na zabawę z dzieckiem lub na normalne życie. Frustracja narastała bo blog zaczął mnie cieszyć, zaczęłam znajdować w nim odskocznię i możliwość wyżycia się. Mogłam nareszcie pokazać cząstkę siebie nie wychodząc z domu. Wiele razy wspominam o Marcie, która dała mi kopa i pocieszała, że nadejdzie i korzystny czas dla mnie. Wierzyła we mnie i kiedy odwaliłam lipną robotę dała mi kopa. Nie powiem, że nie wkurzyło mnie to – bo zaliczyłam focha z przytupem, ale właśnie wtedy nadszedł czas by dać sobie z liścia i otrzeźwieć. Ochłonęłam i stwierdziłam, że ma stu procentową rację. Ocknęłam się i poprosiłam o pomoc z zewnątrz.
Tak samo jest w codziennym życiu. Krytyka jest wspaniałym narzędziem – jeśli jest konstruktywna. Dlaczego mam złościć się na dzieci? Dlaczego mam użalać się nad sobą bo w pracy nie idzie tak jak powinno iść? Przecież… wystarczy usiąść z kubkiem ciepłej kawy i zastanowić się dlaczego tak jest?

 

Może za mało się staram a może sprawy potoczyły się w niekorzystny dla mnie sposób przypadkowo.

Są rzeczy, na które nie mam wpływu i muszę je przyjąć, przyswoić i zaakceptować. Są rzeczy, które w jednym momencie zdają się być końcem świata i mam ochotę zagrzebać się w pościeli jak chomik w trocinach. Tylko po co? Po co się dołować, dobijać i odpuszczać? Lepszą opcję stanowi w moim mniemaniu spokojne przemyślenie sprawy i ustalenie najlepszego sposobu rozwiązania problemu. Nawet jeśli zawalę coś z mojej winy, zapomnę lub nie potrafię na daną chwilę czegoś zrealizować muszę to przeżyć.


Przyznanie się do błędu nie jest proste, ale… daje satysfakcję.

Przynajmniej dla mnie. Myślę wtedy o tym co spowodowało spadek formy, nastawiam się na realizację danego problemu i staram się – nie, nie staram – dążę do tego by naprawić swój błąd. Nie jesteśmy maszynami. Każdy popełnia błędy, ale największą frajdę powinno sprawiać nam wychodzenie z problemów obronną ręką , nawet jeśli nie mamy wsparcia otoczenia. Każdy to potrafi. Zgrywanie osoby nieomylnej jest gorsze niż popełnianie błędów.

Z jednej strony nie możemy tłumaczyć i usprawiedliwiać ludzi patrząc przez pryzmat ich przeżyć bo praca jaką mamy do wykonania nie będzie czekać aż nasze życie się ułoży. Z drugiej zaś zanim ocenisz kogoś zastanów się  –  może on także dostał po dupie od życia. Może potrafisz mu pomóc?


Zrób to dla siebie, dla tej osoby i po prostu bądź.

IMG_0032
IMG_0030
IMG_0031

You Might Also Like