Ja LIFESTYLE MYŚLI MAMY

Dubrovnik-Perła Dalmacji

29 września 2018

O pięknie Dubrovnika krążą legendy. Czy na prawdę jest tak piękny?

Nie byłam przekonana co do wycieczki. Słyszałam różne opinie, te negatywne i pozytywne. Stwierdziliśmy jednak, że sprawdzimy sami jak jest w rzeczywistości. Wyjechaliśmy z naszej Komarnej po 10, przez 1,5 godziny staliśmy w korku by przejechać przez granicę w Neum- 17 kilometrowy odcinek Bośni i Hercegowiny, będący jednocześnie jedynym miejscem dostępu Bośni do morza.

O tym przejściu również krążą legendy -np. ta, że Bośniacy niechętnie wpuszczają ludzi na swoje terytorium wyłącznie z dowodem osobistym. Nie jest to prawda, choć do końca miałam wrażenie, że nas zawrócą. By wjechać na teren Bośni konieczne jest posiadanie Zielonej Karty (ubezpieczenie samochodu) w Polsce wyrobiłam ją u ubezpieczyciela za 30 zł, można kupić ją także na granicy za 20 euro (cena w 2018r.)

Przejechaliśmy bez problemu. Mijaliśmy kolejne miasta i po 1,5 godziny dojechaliśmy do Dubrovnika.

Dubrovnik – perła Dalmacji?

Miasto powitało nas pięknym widokiem, Iwo był zachwycony ogromnym statkiem pasażerskim a ja fajnym wyglądem mostu dr. Franja Tuđmana. Niemałym problemem okazało się znalezienie miejsca parkingowego.
W Dubrovniku istnieją 3 strefy parkowania, z czego parkowanie w pierwszej strefie to koszt 40 kun za godzinę!
Cały dzień na parkingu to koszt około 480kn czyli ponad 300zł.

Jak typowy Janusz i Halina chcieliśmy zaoszczędzić bo po cholerę przepłacać za parking i stanęliśmy w 3 strefie. Wychodząc z samochodu 34 stopnie zamieniły się w 50 stopni waląc nas w twarz wrzątkiem. Przeszliśmy kilometr albo dwa, byliśmy bordowi i stwierdziliśmy, że mamy gdzieś kasę za parking. Pojechaliśmy do pierwszej strefy. Parking podziemny zlokalizowany jest dosłownie kilkaset metrów od Bram Miasta.

Nie mogę nie wspomnieć, że za 2 butelki wody przy bramach miasta zapłaciliśmy 50kn 😀 -nie, nie była oligoceńska.

Początek Starego miasta to Brama Pile. Usytuowana pomiędzy dwiema wieżami stanowi wejście do Starego miasta. Tuż za nią naszym oczom ukazuje się fontanna Onufrego – legenda głosi,że należy umyć ręce pod każdym z 16 kranów i wypowiedzieć życzenie a ono się spełni. Istnieje także wersja mówiąca o tym, że należy napić się wody z tego ujęcia, ale nie chciałyśmy z Zosią tego próbować.

O Stradun (głównej ulicy) mówi się, że swój połysk zyskała dzięki wypolerowaniu przez miliony stóp, które po niej przeszły.


Do głównej ulicy przylegają wąskie uliczki, które skradły moje serce. Nic nie było tak klimatyczne jak one. W każdym oknie dzieje się życie. Ludzie wiodą swój byt wśród milionów ludzi, którzy odwiedzają Dubrovnik każdego dnia.

Większość zabytków Dubrovnika to zabytki architektoniczne, głownie pochodzące z okresu renesansu i baroku.

Idąc główną ulicą w stronę portu po prawej stronie zobaczymy kościół Św. Błażeja, który jest patronem Dubrovnika.

Tuż obok możemy zobaczyć kolumnę Rolanda, która miała symbolizować niezależność miasta od Republiki Weneckiej.

Nad miastem znajduje się wzgórze Srd, którego niestety nie zobaczyłam osobiście ze względu na to, że trzeba było wsiąść do kolejki linowej, na widok której zmiękły mi kolana…

Po dwóch godzinach usiedliśmy pod jednym z pięciu wejść do miasta – najmłodszą bramą -bramą Buze, która powstała w 1908 roku.
Dzieciaki były dosłownie dojechane przez upał, my wykończeni maratonem, przecież nie mamy już najmniejszego przebiegu… ale nie dawało mi spokoju to, że nie zobaczę tych słynnych murów, nie powiem że szłam drogą którą pokonywała ekipa gry o tron, której nie oglądałam! 😀

Janusz zabrał dzieci na plac zabaw, a ja podreptałam po bilet wstępu na zwiedzanie murów. W 39 stopniach w cieniu przeszłam jeszcze 2 kilometry. Wychodząc coraz wyżej i wyżej… i w niektórych momentach miałam chwile zawahania. Miałam ochotę stanąć i się rozryczeć bo uświadamiałam sobie jak wysoko jestem. Boję się stanąć na drabinie a tutaj pokonywałam trasę na nieziemskich wysokościach, idąc tak wąskimi schodami, że nieraz trzeba było wciągać brzuch.

Spoglądałam niepewnie w dół i widziałam suszące się na sznurkach pranie, opalające się kobiety i ludzi urządzających przyjęcie na jednym z dwóch boisk. Pokonywałam lęk wysokości i zaczynałam rozumieć dlaczego miasto nazywane jest czasem miastem pomarańczowych dachów.


W jednym z punktów widokowych można było przystanąć, zobaczyć śmiałków, którzy skakali ze skał prosto do głębokiej wody. Piszę tutaj śmiałków, ponieważ legenda głosi, że w dawnych czasach skoki z tych skał miały świadczyć o męstwie i odwadze tychże śmiałków. A morze bywa nieprzewidywalne.

Dzieci przewijały się na trasie, ale nie wyobrażam sobie swoich dzieciaków w tak upalny dzień, w tłumie przelewającym się przez całą 2 kilometrową trasę.
Bilety drożeją z roku na rok i nie chodzi tu o pazerność a o to by ograniczyć wstęp turystów na mury, które niestety zaczynają się ‚sypać’.

I będę tutaj znowu wiecznie niezadowolona, oburczana i … patriotycznie nastawiona. Powiem szczerze – było ładnie, ale gdybym miała pokonać prawie 20 godzin by dotrzeć na zwiedzanie Dubrovnika – nie zrobiłabym tego. Osobiście uważam, że równie pięknie jest w Krakowie 🙂

You Might Also Like